Z racji tego, że moje dzieciństwo mimo starań wielu osób nie należało do najłatwiejszych, a życie rodzinne do wzorowych, od zawsze marzyłam i wiedziałam, że będę miała swoją rodzinę i wszystko zrobię lepiej. Mimo, że takie marzenie we mnie było, dość długo dojrzewałam do gotowości bycia mamą.
W końcu w wieku 33 lat urodziłam moją pierwszą córeczkę, a dwa lata później drugą. Oczywiście byłam jedną z tych kobiet, które idealizowała macierzyństwo, w głowie miałam obraz siebie jako super rodzica, która zrobi wszystko idealnie. Będę cały czas uśmiechnięta, cierpliwa i będę stosowała tylko język miłości (co jest równoznaczne z tym, że w życiu nie podniosę głosu na swoje dzieci). Taaak, to były moje piękne wyobrażenia. Rzeczywistość mnie delikatnie mówiąc zdziwiła... Pojawiło się wielkie zaskoczenie, kiedy doświadczyłam na własnej skórze, że mimo że kocham nad życie moje córeczki, to tak jak je kocham, tak potrafią mnie wyprowadzić z równowagi, jak je kocham, tak czasem marzę o kilku chwilach tylko dla siebie. Natomiast moment, kiedy zasypiały był dla mnie małym zwycięstwem danego dnia i upragnionym spełnieniem marzeń.
I tak jak pewnie u wielu z matek, tak i u mnie rodziły się wyrzuty sumienia. Kochasz swoje dzieci, jak możesz tak myśleć, jak możesz tak czuć – powinnaś chcieć spędzać z nimi każdą wolną chwilę, musisz być dla nich lepsza, jako matka masz obowiązek poświęcić siebie w imię miłości do nich... Mogłabym jeszcze długo wymieniać Minęło sporo czasu, zanim poukładałam sobie w głowie i w sercu rolę mamy w moim wydaniu.

Komentarze
Prześlij komentarz